Niedawno już, co prawda pisałem rozważanie do tej sceny, ale dziś odkryłem je na nowo! Czytam sobie ten fragment Księgi Jonasza i zastanawiam się, co takiego musiało być w tym człowieku, że jego głoszenie przyniosło takie owoce w Niniwie? Im bardziej się w niego zagłębiam, dochodzę do wniosku, że ten fragment powinien być swoistym podręcznikiem dla wszelkiej maści homiletów, katechistów, liderów wspólnot. Jest w nim wszystko, co powinno cechować osobę, głoszącą słowo Boże! Oczywiście nie chcę tu pisać podręcznika, ale warto zwrócić uwagę przynajmniej na jedną rzecz, która wyróżniała Jonasza – postawę, stanięcia nie w autorytecie ludzkim, ale w autorytecie samego Boga!

„I uwierzyli mieszkańcy Niniwy Bogu, ogłosili post i przyoblekli się w wory od najstarszego do najmłodszego. Doszła ta sprawa do króla Niniwy. Powstał więc z tronu, zdjął z siebie płaszcz, przyoblókł się w wór i usiadł na popiele.”

/Jon 3, 5-6/

Kim był Jonasz?

Był synem Amittaja z Gat-Chefer w Galilei, na terytorium Zabulona. Jonasz żył mniej więcej w I połowie VIII w. przed Chrystusem, w królestwie północnym, czyli królestwie Izraela. Były to czasy, kiedy po śmierci króla Salomona królestwo Izraela podzieliło się na południowe (Judea z Jerozolimą) i północne (ziemie należące do pozostałych dziesięciu pokoleń Izraela). Imię Jonasz możemy dosłownie tłumaczyć jako gołąb. Tu ukłony pod adresem mojego serdecznego przyjaciela, ks. Grzegorza „Jonasza” Gołębia! ;p I w przypadku proroka, jego imię kapitalnie oddaje jego naturę: był bardzo płochliwym człowiekiem, uciekał od wszystkiego, od czego tylko się dało uciec! Także od misji, którą dał mu Bóg.

Trudna misja Jonasza

Do czego powołał go Bóg? Aby poszedł do mieszkańców Niniwy i głosił jej upomnienie, że jeśli się nie nawrócą, ich miasto będzie zniszczone. Delikatnie mówiąc, „nie na rękę” było to Jonaszowi! Dlaczego? Ponieważ Niniwa była dla niego „wrogiem nr 1”. Byli najeźdźcami, którzy nieustannie plądrowali jego ziemię i wymordowali mu całą rodzinę i wielu jego przyjaciół. Jonasz próbował uciec od wypełnienia tej misji, nie godził się na to, że Bóg chce uratować tych barbarzyńców. Próbował uciec statkiem do Tarszisz, ale to mu się nie udało. Statek napotkał potężną burzę i okazało się, że to przez Jonasza. Wyrzucono go za burtę, wprost do morza i połknęła go wielka ryba.

Decyzja

We wnętrzu ryby Jonasz tak się modlił: „Rzuciłeś mnie na głębię, we wnętrze morza, i nurt mnie ogarnął. Wszystkie Twe morskie bałwany i fale Twoje przeszły nade mną.” /Jon 2, 4/ Ta modlitwa ma podwójne znaczenie: z jednej strony chodzi o głębię morza, w którą został wrzucony przez żeglarzy, ale może chodzić o głębię jego serca. Bóg dał mu zadanie nie tyle upomnienia Niniwitów, co raczej przebaczenia w sercu tego wszystkiego, czego od nich doświadczył. To naprawdę była dla niego głębia i ocean po ludzku nie do przebrnięcia. Ale podjął decyzję, że pójdzie do nich i przekaże im słowa od Boga. Chyba nie robił tego z jakiegoś głębokiego przekonania, o czym świadczą kolejne sceny.

Nic nadzwyczajnego

Trzeci rozdział księgi Jonasza zaczyna się w tym momencie, gdy prorok idzie przez Niniwę i głosi: „Jeszcze czterdzieści dni, a Niniwa będzie zburzona!” Czy to było jakoś powalające? Czy to wszystko, na co było stać Jonasza? Nie sądzę! Nie był to szczyt ani oratorstwa, ani zaangażowania mówiącego. Poza tym, wygląd jego wzbudzał ogromne kontrowersje – był przeżuty przez rybę. I taki zdezelowany, zmęczony, zniechęcony i ciągle zły na Boga idzie przez miasto i wypowiada tylko jedno zdanie, a wszyscy się nawracają.

Nie w swoim, ale w autorytecie Boga

Jonasz, delikatnie mówiąc, niczym zewnętrznie nie zachwycił i nie powalił swoich słuchaczy. Skąd więc u niego taka skuteczność? Jonasz nie głosił we własnym imieniu, bo gdyby to robił, to pewnie zadbałby o całą otoczkę, przygotował wszystko w najmniejszym szczególe: zadbałby o swój wygląd, wybrał moment, gdzie byłaby największa słuchalność, dopracował niemal każde słowo, dobrał odpowiednie argumenty. On nie zwraca na to zupełnie uwagi, bo być może w głębi serca tak naprawdę nie chce, aby ktokolwiek go posłuchał. On jednak wiernie wypełnił to, co mu polecił Bóg i głosił Jego słowo. Nic więcej! Mówił nie w swoim autorytecie, ale w autorytecie Boga!

Rachunek sumienia dla mnie

Jonasz robi mi dziś solidny rachunek sumienia! Tak sobie myślę o moim głoszeniu w sieci… Tyle poświęcam temu czasu i sił, aby jak najlepiej przygotować każdy film: począwszy od treści, a skończywszy na otoczce czy montażu vlogów. I nie chodzi o to, że to wszystko jest nieistotne i nieważne. Jest ważne! Bo to kwestia mojego szacunku do Was. Ale Jonasz przypomina mi dziś, żebym nie zapomniał, co jest najważniejsze: żeby zawsze głosić w autorytecie Boga, żeby nie skupiać Was na mnie, ale na Nim! Daj Boże, abym ja i każdy z nas zawsze potrafił stawać w autorytecie Boga, a nie swoim! A wtedy wszystko inne będzie miało swoje właściwe miejsce i będzie tylko ładnym „opakowaniem”, a nie istotą!

Wszystko mogę w Tym, który mnie umacnia!

Jeśli staję w autorytecie Boga, to niejako On potwierdza swoją mocą wszystko, co czynię! Oczywiście ważne jest, abym dobrze rozeznawał, co jest Jego wolą, a co moją własną. Bez tego próżno szukać dobrych owoców tego, co czynię. Ale jeśli dobrze rozeznaję Jego wolę i czuję się namaszczony i posłany do konkretnego dzieła i misji, to nie jestem w tym sam, Bóg swoim autorytetem potwierdza wszystko, co robię. Czy modlę się za kogoś wstawienniczo, czy piszę teksty, czy nagrywam komentarze, czy podejmuję ważne decyzje – jeśli to jest zgodne z Jego wolą, to On to będzie potwierdzał konkretnymi owocami. Przygnij do Niego całym sercem, oddaj Mu swoją wolę i wszystko, kim jesteś, i pozwól, aby On przez Ciebie robił wielkie rzeczy! Potrzeba tylko choćby najmniejszego zaangażowania z Twojej strony i dyspozycyjności serca!